O książce z przepisami gdańskiej kuchni dowiedziałam się przez przypadek, dzięki informacjom na profilu miasta Gdańsk. Wpis zaciekawił mnie na tyle, że postanowiłam zakupić jeden egzemplarz.  

Ku mojemu zaskoczeniu książka pochłonęła mnie całkowicie.

Przez kilka dni zastąpiła nawet czytanego wówczas przed snem „Pana Lodowego ogrodu” Grzędowicza. Przepisy wciągałam jeden po drugim, niejednokrotnie zadając sobie pytanie: jak niby mam to zrobić? gdzie znajdę wszystkie składniki? jak mam to upiec: w jakiej temperaturze, jak długo? co to znaczy: odpowiednia ilość? etc.

Metodą prób i błędów przetestowałam kilkanaście przepisów. Każde danie próbowałam wykonać trzymając się ściśle wytycznych. Nie zawsze wychodziło, często dania były mdłe i nieciekawe, jednak po porządnym doprawieniu zyskiwały na smaku stając się smacznymi posiłkami.

Były też prawdziwe paskudztwa, jak np. nr 50 „Szparagi w sosie”. O ile same warzywa wyszły dobrze, to sosem wzgardził nawet wszystkożerny pies sąsiadki. Mdły, tłusty, brejowaty – całkowicie niejadalny (sos, nie pies ;]).

Gdańska książka kucharska

Pomimo kilku wpadek, i totalnych absurdów kulinarnych odkryłam również wspaniałe  i proste dania, zawierające nieznane dla mnie połączania smakowe. Część z nich przygotuję z pewnością nie jeden raz. Sporej części przepisów niestety nie sprawdzę, chyba, że wiecie gdzie mogę dostać świeże minogi, obskubanego i wypatroszonego kwiczoła czy rycyka? 🙂 (Nie, nie zamierzam brodzić w mulistych stawach, czy zaciągnąć się do kółka łowieckiego.) 

Przepisy publikować zamierzam cyklicznie, przynajmniej raz w tygodniu, może uda się częściej. W większości będą to dania inspirowane przepisami Gdańskiej książki kucharskiej, zawierające często moje „udoskonalenia” danej potrawy. Bo tak jest smaczniej i prościej. Wiem co mówię 🙂

Już jutro pierwszy wpis.

Enjoy.